| RÓWNI I RÓWNIEJSI w wirtualnym świecie |
|
|
|
| 27.01.2012. | |
|
Internet miał być informacyjnym eldorado, i w jakimś sensie jest. Tym, którzy są wykształceni i bogaci, gwarantuje szybki dostęp do pierwszorzędnej informacji. Reszta ma pierwszorzędny dostęp do informacyjnego śmietnika Co trzeci mieszkaniec globu może już korzystać z internetu - 2 mld ludzi, w tym aż 90 na 100 Szwedów, 79 Amerykanów, 34 Chińczyków i tylko 7 na 100 mieszkańców Rw andy. Liderem jest Islandia, gdzie 95 proc. mieszkańców wchodzi do internetu z domowego komputera. I tylko tu połączenie z internetem daje natychmiastowy, darmowy dostęp do aktualnej wiedzy naukowej. W roku 1997, czyli tuż po pojawieniu się internetowych baz danych, rząd Islandii zabrał się do budowania społeczeństwa informacyjnego. Powołał konsorcjum bibliotek akademickich, naukowych i publicznych. Konsorcjum wyłożyło trzy czwarte funduszy, rząd dołożył resztę i zakupiono licencje dające dostęp do baz danych dla całej 300-tysięcznej populacji. Dziś rząd chwali się, że Islandczycy mogą „całą dobę iwkażdym zakątku kraju“ korzystać z 14 tys. czasopism i12 baz danych produkowanych przez największe wydawnictwa naukowe, takie jak Elsevier, Blackwell, Kluwer czy Encyclopedia Britannica. Islandia jest jednak wyjątkiem. Winnych krajach, nawet tam gdzie internet jest tani i powszechny, rzetelna, poparta badaniami wiedza jest dobrem ekskluzywnym. WMissisipi auta najważniejsze W Stanach Zjednoczonych geografia dostępu do wiedzy pokrywa się z geografią zamożności. Każdy Amerykanin, który ma kartę biblioteczną, może za darmo z dowolnego komputera przejrzeć jakąś pełno tekstową bazę danych. Jaką? To zależy od miejsca zamieszkania. Od drugiej połowy lat 90. władze stanowe kupują bazy danych, które udostępniają mieszkańcom przez internet za pośrednictwem bibliotek publicznych. Jeden z najbogatszych stanów, Connecticut, wydaje 3 mln dolarów na licencje kilkudziesięciu baz, w tym na obszerne wersje najpopularniejszych baz naukowych. Zdarza się, że bogate miasteczka z własnych funduszy dokupują swoim bibliotekom dodatkowe licencje. Listę najuboższych stanów otwiera Missisipi, gdzie aż 28 proc. mieszkańców żyje poniżej poziomu ubóstwa. Milion dolarów, które stan przeznacza na zakup licencji, wystarcza na okrojone wersje baz kupowane wpakiecie, żeby było taniej. W ofercie królują bazy z „naprawą aut“ lub „zdrowiem“w tytule. Dysproporcje między stanami niweluje nieco powszechny dostęp do Pub Med Central (PMC),pełno tekstowego archiwum o profilu medyczno-biologicznym oraz do innych repozytoriów gromadzących artykuły naukowe powstałe dzięki funduszom publicznym. A jak w Polsce? w Polsce dostęp do internetu ma 62 obywateli na 100, co sytuuje nas poniżej europejskiej średniej, ale wciąż na przyzwoitym poziomie. A jednak dostęp do wiedzy jest gorszy niż wMissisipi: do komercyjnych baz danych trudno dotrzeć, publicznie dostępnych repozytoriów jest mniej, niżby to wynikało z wielkości rodzimej produkcji naukowej. Tylko naukowcy i studenci nie mogą się uskarżać. - Dostęp do wiedzy jest nieporównywalnie większy niż 20 lat temu - tłumaczy Ewa Kobierska-Maci uszko,dyrektorka Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. - Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego kupuje i udostępnia wszystkim uczelniom w Polsce podstawowe, pełno tekstowe bazy danych wydawnictw Springer, Elsevier, EBSCO, Web of Science, Nature i Science. Kolejne bazy są kupowane przez konsorcja zrzeszające uczelnie o podobnym profilu. Ministerstwo dofinansowuje zakupy konsorcyjne w50 proc., dzięki czemu uczelnia, która wyda na bazy danych ok. 2 mln złotych, może zaoferować naprawdę bogatą ofertę. Dodatkowo BUW, tak jak niemal wszystkie biblioteki akademickie w Polsce, pracuje jako publiczna biblioteka naukowa, a to oznacza, że każdy, kto do niej wejdzie i skorzysta z komputera bibliotecznego, będzie miał taki sam dostęp do jej zasobów jak członek społeczności akademickiej. Ktoś mógłby więc powiedzieć: idzie ku lepszemu. Czy rzeczywiście? Dwadzieścia lat temu Polak, który chciał się zapoznać z najnowszym numerem zagranicznego czasopisma naukowego, jechał do biblioteki akademickiej i na miejscu, w czytelni oddawał się lekturze. Dziś wystarczy pojechać do biblioteki akademickiej i na miejscu, na bibliotecznym komputerze zrobić to samo. Poza tym formuła „każdy,kto do niej wejdzie“, od razu dzieli Polaków na lepiej i gorzej „ulokowanych“. Mieszkaniec Krakowa wejdzie do biblioteki naukowej po półgodzinnej podróży tramwajem, a mieszkaniec wsi pod słowacką granicą straci na to cały dzień i sporo pieniędzy. Kto tu w końcu kogo okrada Jawne nierówności prowokują radykalne reakcje. W lipcu ubiegłego roku policja aresztowała w Bostonie 24-letniego aktywistę i propagatora otwartego dostępu do wiedzy, który włamał się do uczelnianej sieci i pobrał z bazy JSTOR ponad 4 mln artykułów. Do ich rozpowszechniania nie doszło, aJSTOR z obawy przed złą prasą nie domaga się ukarania Aarona Swartza, ale prokuratura ogłosiła, że „kradzież jest kradzieżą“, i ściga go z urzędu, strasząc 35 latami więzienia i milionową grzywną. Motywy, jakie kierowały Swartzem, muszą jednak mieć swoją wagę, bo apel o jego uwolnienie podpisało kilkadziesiąt tysięcy osób, a niejaki „Greg Maxwell“ w akcie protestu zhakował z bazy JSTOR i umieścił wPirateBay 18 tys. artykułów. Obrońcy Swartza uważają, że sięgnął on po dorobek, który wmyśl prawa należy do domeny publicznej. Faktycznie, wiele baz komercyjnych zawiera teksty, które nie są chronione prawem autorskim. Na jakiej więc podstawie właściciel bazy żąda opłaty za udostępnienie np. anonimowego pamfletu wydrukowanego w roku 1800? - Dysponent bazy danych oczywiście nie może zakazać korzystania z takiego utworu, ale może żądać stosownej opłaty za korzystanie z jej zawartości w trybie online -wyjaśnia prof. Ryszard Markiewicz z Instytutu Prawa Własności Intelektualnej UJ. -w tej sytuacji zainteresowany albo pozyska utwór z innego źródła, albo musi się zgodzić na podyktowane warunki. Umowa reguluje zatem dostęp do bazy, azakres korzystania ze zgromadzonych w niej utworów jest regulowany prawami autorskimi. w krajach Unii Europejskiej z kolei działa prawo, które chroni samą bazę danych. Nie blokuje ono dostępu do informacji w ogóle - z informacji każdy może korzystać - monopolizuje jedynie dostęp do informacji poprzez tę konkretną bazę danych. Ani umowa, ani wspomniane prawo unijne nie chronią wówczas utworów. Chronią nakład inwestycyjny: czas i pieniądze, które zostały wyłożone na zebranie informacji - Z drugiej strony - tłumaczy prof. Markiewicz -przyznać trzeba, że współcześnie systematycznie ulega poszerzaniu ochrona autorskoprawna, oznaczająca także zawężanie sfery domeny publicznej. Pierwotnie została ona wymyślona dla ochrony prawdziwej twórczości - dzieł artystycznych, literackich - a dziś coraz bardziej rozciąga się na produkty działalności gospodarczej. A przecież istnieje różnica między wierszem a programem komputerowym. Obecnie prawo autorskie jest częścią prawa gospodarczego i choć chroni interesy twórców, to w istocie przede wszystkim zabezpiecza interesy wielkich przedsiębiorstw. Przyznaje monopol, za pomocą którego producenci filmów, programów komputerowych czy muzyki maksymalizują swój zysk. Nauka? Świetny biznes Monopole pomnażają też zyski wydawców czasopism. Dyskutując o tym, kto traci, a kto zyskuje na powszechnym dostępie do wiedzy, warto bowiem pamiętać, że naukowcy są specyficznymi twórcami - publikują „dla idei“. W prestiżowym kwartalniku „Neuro informatics“ukazał się niedawno artykuł badaczy z Centrum Zdrowia Dziecka i z Instytutu Fizyki UW. Chcę się dowiedzieć, ile im zapłacono. Epileptolog dr Piotr Zwoliński jest wyraźnie zaskoczony: -Oczywiście nic. Dostaliśmy grant na badania, wymyśliliśmy algorytm, zbudowaliśmy bazę danych pokazującą skuteczność wykrywania ognisk padaczkowych. Publikacja w dobrym czasopiśmie była dodatkową nagrodą. Takie publikacje budują karierę naukową, sypią się potem zaproszenia na konferencje, propozycje recenzowania artykułów. Ponieważ od publikacji w odpowiednich czasopismach zależy ocena dorobku naukowego, naukowcy bez szemrania akceptują twardy dyktat wydawców: zrzekają się praw autorskich oraz rezygnują z honorariów za artykuły i recenzje. Notabene recenzje są najważniejszym narzędziem używanym w procesie wydawniczym, gdyż liczą się tylko te czasopisma, które drukują teksty zrecenzowane i pozytywnie ocenione przez innych badaczy. Brytyjskie czasopismo „Times Higher Education“ oszacowało wartość światowego rynku recenzji wydawniczych pisanych przez naukowców na 1,9 mld funtów rocznie. Dzięki temu, że nie ma zwyczaju płacenia recenzentom, same tylko wydawnictwa brytyjskie oszczędzają rocznie 165 mln funtów. Naukowcy nie zarabiają na publikowaniu, nie stracą zatem, jeśli ich artykuły zasilą domenę publiczną. Mimo to zrozumienie dla idei otwartego dostępu jest w tej grupie zaskakująco małe. Deklarację berlińską, podstawowy dokument propagujący otwarty dostęp do informacji naukowej, podpisały do dziś tylko trzy polskie instytucje: dwie organizacje pozarządowe i Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Komputerowego z UW. w USA kilka lat trwało namawianie badaczy, by umieszczali teksty wot wartych repozytoriach, takich jak Pub Med Central. Odzew był skromny. Zasoby PMC zaczęły powiększać się dopiero od roku 2008, gdy ustawowo zobowiązano do tego naukowców korzystających z funduszy publicznych. Nie obyło się bez walki. Stowarzyszenie Amerykańskich Wydawców (AAP)wynajęło firmę PR-ową i postraszyło społeczeństwo straszliwymi konsekwencjami otwartego dostępu: nacjonalizacją nauki, obniżeniem poziomu czasopism oraz cenzurą. Opór wydawców jest zrozumiały, gdyż tradycyjny model dystrybucji wiedzy jest dla nich korzystny: dochody z subskrypcji czasopism naukowych wzrastają systematycznie o ponad 7 proc. rocznie, za dostęp do pojedynczego artykułu czytelnik płaci po 30-40dolarów. Wydawcy utrzymują, iż literatura naukowa musi być droga, gdyż kosztowny jest proces wydawniczy. Zwolennicy otwartego dostępu twierdzą, że potanieje, jeśli wydawcy przestaną zarabiać na czytelnikach, a zaczną brać pieniądze od autorów (czyli per saldo od sponsorów badań). Przy okazji opłacony z góry pośrednik straci motywację, by ograniczać przepływ wiedzy między twórcą a odbiorcami. Ten model wykorzystują Z powodzeniem wydawnictwa non profit, takie jak Publiczna Biblioteka Nauki (Pl oS). Powoli wprowadzają go też wydawnictwa komercyjne, najczęściej w postaci tzw. czasopism hybrydowych zamieszczających równolegle teksty udostępniane za opłatą oraz artykuły opłacone przez autorów i udostępniane za darmo. Jedne i drugie podlegają tym samym procedurom selekcji, recenzowania i edycji. Rzetelna wiedza czy rekreacja? Kto więc powinien wziąć na siebie ciężar poniesienia kosztów udostępnienia wiedzy? Autor, czytelnik, wydawca czy może jednak władze? Po pierwsze, przy takim poziomie zasobności i zaawansowania cywilizacyjnego, jaki jest np. w Polsce, dostęp do wiedzy powinien być prawem obywatelskim. To, że wiedza jest przedmiotem reglamentacji, przywilejem wybranych, jest plamą na honorze społeczeństwa. Po drugie, nigdy nie wiadomo, kto i jak spożytkuje wiedzę. Rząd prezydenta Obamy uznał, że warto udostępniać wiedzę szeroko, bo a nuż ktoś ją wykorzysta w sposób kreatywny i z pożytkiem dla społeczeństwa. I to działa. W roku 2009 powstał portal data.gov,który udostępnia blisko 400 tys. zestawów surowych danych i1300 aplikacji umożliwiających ich wykorzystanie. Blisko 300 aplikacji stworzyli sami użytkownicy portalu. Przy wszystkich tych kwestiach pamiętać też trzeba, że ostatnia rzecz, której potrzebujemy w dziedzinie upowszechniania wiedzy, to samo spełniająca się przepowiednia, że ludzie szukają informacji płytkiej i lekkostrawnej. w USA bibliotekarze wybierający bazy danych dla bibliotek publicznych preferują produkty, które ich zdaniem będą popularne. W efekcie wydają publiczne pieniądze na bazy kompilowane zmyślą o czytelnictwie rekreacyjnym. Do takich baz artykuły naukowe nie trafiają w ogóle, a jeśli nawet, to zwielomiesięcznym opóźnieniem. z kolei islandzkie konsorcjum skupiło się przede wszystkim na potrzebach bibliotek akademickich i naukowych. Po kilku latach powszechnego dostępu do wiedzy okazało się, że nawyki czytelników uległy zmianie: większość z nich zaczęła korzystać z czasopism, których przedtem islandzcy bibliotekarze nie prenumerowali. Pogoda nie tylko dla bogaczy Kogo śmieszy apelowanie o społeczną sprawiedliwość, niech posłucha mowy pieniądza. Domena publiczna ma wartość ekonomiczną. Można ją oszacować, porównując skutki restrykcyjnego i liberalnego stosowania prawa autorskiego w sektorze publicznym. W Stanach Zjednoczonych prawo autorskie nie chroni tego, co zostało wytworzone przez instytucje federalne, przez co do domeny publicznej wchodzi, często automatycznie, dokumentacja procesu rządzenia oraz informacja o kraju i społeczeństwie. Tradycję tę zapoczątkował Kongres, który od roku 1813 przekazywał kopię monitora do jednej wybranej biblioteki. Pół wieku później dokumenty kongresowe wędrowały już do 420 bibliotek, minęło pół wieku i biblioteki błagały, by z tym skończyć: nie miały miejsca, zresztą i tak nikt tego nie czytał. Mimo to dokumenty rządowe płynęły do bibliotek i nadal płyną, choć informatyzacja i internet nadały tej produkcji inny wymiar - łaska wszy dla lasów i wygodniejszy dla użytkownika. Informacyjna obsesja władz wynika z federacyjnej struktury państwa: Amerykanie utrzymują dwa rządy - stanowy i federalny - i mają zwyczaj opłakiwać każdego dolara wydanego na ten drugi. Rząd federalny robi zatem, co może, by wykazać, że jest potrzebny. Korzysta na tym nie tylko demokracją, ale też ekonomia, bo domena publiczna wzbogaca się o informacje topograficzne, geologiczne, klimatyczne, statystyczne itp. Jest to rozwiązanie nieznane w krajach Unii Europejskiej. w Wielkiej Brytanii, na przykład, dane geograficzne i meteorologiczne są własnością urzędów, które je zgromadziły, a parlament zachowuje prawa autorskie do sprawozdań z posiedzeń. Kto chce te informacje wykorzystać, musi zapłacić, ceny są ustalane tak, by refundowały część kosztów. W roku 2000 Unia Europejska zbadała efektywność obu systemów. Okazało się, że rząd Stanów Zjednoczonych wydaje na pozyskanie informacji geograficznych ipogodowych dwa razy więcej niż rząd brytyjski, ale wartość ekonomiczna generowana przez te informacje jest dziesięciokrotnie większa. Choć potencjały ekonomiczne UE i USA są porównywalne, to np. rynek komercyjnych usług meteorologicznych jest w USA 10 razy większy niż w Europie, awdziedzinie oceny ryzyka pogodowego - ponad 100 razy większy. Dostęp tak, ale wartościowy Największą przeszkodą stojącą na drodze nauki do domeny publicznej jest opaczne pojmowanie idei powszechnej dostępności wiedzy. To nie jest wymysł pięknoduchów do realizacji w dalekiej przyszłości, kiedy W budżecie będzie nadmiar pieniędzy. Nie jest to rozdawnictwo ani działalność charytatywna, ani wreszcie nadgorliwe podsuwanie odbiorcy czegoś, czego ten nie potrzebuje. Jest to nieodzowna inwestycja wprzemianę cywilizacyjną i przyszły dobrobyt. Tani dostęp do internetu przy braku powszechnego dostępu do wartościowej informacji jest korzystny wyłącznie dla budowania społeczeństwa konsumpcyjnego. Internet puchnie od informacji zamieszczanych po to, żeby sprzedać. Tam gdzie tej obfitości nie zrównoważy łatwo dostępna, rzetelna wiedza, internauci zadowolą się wiedzopodobną reklamą i pewnie nawet tego nie zauważą. To, czy w społeczeństwie przeważą postawy konsumpcyjne, czy raczej przetrwa i wzmocni się ciekawość intelektualna, zależy między innymi od zawartości domeny publicznej. Naukowcy powinni to wiedzieć i poczuwać się tu do odpowiedzialności. Również we własnym interesie, bo tylko światłe społeczeństwo rozumie, że na nauce i edukacji nie wolno oszczędzać.* Złodziej czy bohater? 24-letniAaron Swartz (na zdjęciu) - aktywista i propagator otwartego dostępu do wiedzy - włamał się do bazy JSTOR i pobrał z niej cztery miliony artykułów. Choć właściciele JSTOR z obawy przed złą prasą (apelo uwolnienie Swartza podpisało kilkadziesiąt tysięcy osób) byliby skłonni puścić całe wydarzenie w niepamięć, prokurator nieugięcie żąda dla niego wieloletniej kary więzienia W Polsce dostęp do internetu ma 62 obywateli na 100, co sytuuje nas poniżej europejskiej średniej, ale na przyzwoitym poziomie. A jednak dostęp do wiedzy jest gorszy niż w Missisipi. Tak naprawdę tylko naukowcy i studenci nie mogą się uskarżać. Źródło: Gazeta Wyborcza | 27.1.2012 | Rubryka: Nauka | Strona: 16 | Autor: ELŻBIETA OLENDER | Temat: Aukcje internetowe |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|










