Start arrow Ze świata aukcji arrow Allegro.pl arrow Od "Amora" do "Amoku" czyli zbrodnia niedoskonała
allegro ebay swistak aukcje24 kiermasz
Menu główne
Start
Ze świata aukcji
Szukaj
Jak liczymy
Poradnik aukcjonera
Księgarnia internetowa
STATYSTYKI
Gościmy
On-line: 30 gości (1242)
Od "Amora" do "Amoku" czyli zbrodnia niedoskonała PDF Drukuj Email
10.09.2007.
Krystian Bala swą książką "Amok" chciał podbić rynek czytelniczy i odnieść sukces literacki. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że w ten sposób wydał na siebie jednoznaczny wyrok. Tytuł książki młodego Polaka "Amok" obiegł w ostatnim tygodniu cały świat. W historii światowej kryminalistyki to bowiem pierwszy przypadek, kiedy morderca w niby beletrystycznej powieści pozostawia ślad po dokonanej przez siebie zbrodni. A książka staje się jednym z ważnych tropów, które doprowadzają do niego policję.

Mordercą okazał się rzekomy literat z Wrocławia Krystian Bala. Od dwóch dni jego historii jako sprawcy zbrodni, a zarazem autora "Amoku" poświęcają wiele miejsca wszystkie największe agencje światowe i większość internetowych portali. Zabójca powierzył książce podwójną rolę. Dzięki niej chciał uzyskać sukces komercyjny i literacki. Jednocześnie traktował ją jako narzędzie do prowadzenia swoistej gry z policją.

Widok z wysokości

- 25 lat więzienia. To było zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Krystian B. jest nadal bardzo niebezpiecznym człowiekiem. Dlatego skazany nie będzie miał prawa starać się o przedterminowe zwolnienie z więzienia wcześniej niż po upływie 20 lat - uzasadniała wyrok sędzia Lidia Hojeńska.
Słuchał tego z nieruchomą twarzą. Obecni dziwili się, że ani jeden mięsień mu nie drgnął, choć wyrok był wyjątkowo surowy. Do jego świadomości docierało wszystko to, co działo się na sali. Widział twarze zrozpaczonych rodziców: Teresy i Stanisława. Widział, jak blednie oblicze jego młodszego brata Adriana. Jak z każdym słowem sędzi bieleją palce jego zaciskanych dłoni. A jednocześnie był w innym świecie. W oczach miał obraz matki, która kroi chleb na kanapki do szkoły dla niego i brata. Kilka kromek posmarowanych smalcem i obowiązkowo jedna z wędliną. Matka księgowa często musiała wcześniej wychodzić do pracy niż uwielbiani przez nią dwaj synowie do szkoły. Mały Adrian, młodszy o dwa lata od starszego, trzymał się niemal jego nogawki, a on odganiał go od siebie. Nie zwracał też uwagi na swoich rówieśników. Lgnął do o wiele starszych chłopaków i ich zabaw. Brat by mu tylko zawadzał.
- To było najtrudniejsze, ale też najbardziej pasjonujące śledztwo w moim życiu. Pierwszy raz spotkałem się z mordercą, który bawił się z nami w kotka i myszkę
- powiedział kom. Jacek Wróblewski z wrocławskiej dochodzeniówki.
Ale po kolei.

Topielec w "kołysce"

Dariusz Janiszewski "prowadzący rodzinny interes we wrocławskiej firmie Inwestor 13 listopada 2000 roku po południu wyszedł na spotkanie z klientami i nikt go już więcej nie widział. Przed wyjściem odebrał telefon, który go zdenerwował.
Zrozpaczona żona Agata zaalarmowana milczeniem telefonu komórkowego męża następnego dnia powiadomiła policję o zaginięciu Dariusza. Powiedziała o jego spotkaniu z dwoma mężczyznami. Co najmniej jednego z nich musiał wcześniej znać, bo pojechał z nimi ich samochodem, a w kontaktach z klientami stosował żelazną regułę: z nieznajomymi jechał własnym autem. Od tej pory ślad po nim zaginął.
Blisko miesięczne poszukiwania Dariusza Janiszewskiego nie dały żadnego rezultatu. 10 grudnia po południu dwaj wędkarze łowiący na Odrze w okolicach Chobieni niedaleko Legnicy w nurcie rzeki dostrzegli pływające związane zwłoki mężczyzny. Zadzwonili na policję. Szybko zidentyfikowano, że ciało należy do zaginionego przed miesiącem Dariusza Janiszewskiego. Jedno było pewne: mężczyzna został zamordowany, i to w bestialski sposób. Po pobieżnych oględzinach biegłych ustalono, że sprawca bądź sprawcy założyli ofierze tzw. kołyskę - linkę z pętlą wokół szyi przywiązaną przez plecy do stóp. Każda próba wyprostowania nóg powoduje zacieśnianie się pętli na szyi. Zabity miał też związane ręce. Ubrany był tylko w bluzę z długim rękawem, podkoszulek i slipki. Na całym ciele, głównie na przedramionach, głowie i twarzy, miał rany tłuczone. Według biegłych bito go twardymi narzędziami i kopano. Nie miał przy sobie ważnych rzeczy, z którymi wychodził z biura: telefonu komórkowego i kart kredytowych.
Początkowo zakładano, że przyczyną śmierci ofiary było uduszenie przez zadzierzgnięcie linką. Ale okazało się, że węzeł był zawiązany po amatorsku. Według biegłych Janiszewski został wrzucony do Odry kiedy jeszcze żył, choć mógł być nieprzytomny, i się utopił
Śledztwo stanęło w martwym punkcie. Policja i prokuratura nie znalazły niczego, co mogłoby być pomocne w znalezieniu motywu tej zbrodni i jej sprawców. Po kilku miesiącach prokuratura skapitulowała i 31 maja 2001 roku umorzyła śledztwo. Przez kilka następnych miesięcy w sprawie nie działo się nic.

"Amor"

A Krystian podróżował po całym świecie. Odwiedził Koreę, Japonię, Indonezję i Tunezję. Był w Stanach Zjednoczonych i we Francji, a na Filipinach uczył nurkowania. Półgębkiem uwielbiał przyrównywać te swoje wojaże do podróży Kapuścińskiego. A może wcale nie chodziło o pasję? Może wyjazdy miały leczyć rany po nieudanym małżeństwie? Może były ucieczką mordercy?
Już od wczesnej młodości było wiadomo, że Krystian jest osobą niezwykłą. Wiele wskazywało, że jego życie też będzie niezwykłe. Nikt chyba jednak nie przypuszczał, że przybierze aż tak dramatyczny obrót. Doskonale się uczył, miał same piątki. Na świadectwie maturalnym otrzymanym w 1991 roku niespodziewanie pojawiła się trójka z przysposobienia obronnego. Dotarliśmy do nauczyciela, który mu ją postawił. Dziś opowiada nam, jak do tego doszło. - Krystian zawsze trzymał się starszych. I oni byli dla niego wzorem. .
Wbrew pozorom był chłopcem słabym psychicznie i w grupie starszych czuł się mocniejszy i pewniejszy. Uczniowie z wyższej klasy odmówili chodzenia na zajęcia z PO, tłumacząc to swym pacyfizmem. Twierdzili, że należą do Świadków Jehowy. Poprosiłem, żeby każdy, kto uznaje się za pacyfistę, przyniósł oświadczenie podpisane przez rodziców, jaka wiara panuje w ich domu. Ci, którzy nie przynieśli, dostali trójkę.
Inny nauczyciel ze szkoły średniej wspomina, że Krystian zawsze miał o sobie bardzo wysokie mniemanie: - Uważał się za lepszego od innych. Nie tylko od swoich rówieśników. Czasem odnosiłem wrażenie, że czuje się lepszy nawet ode mnie - mówi.
Krystian, choć nigdy nie mógł się poszczycić nadmierną posturą - był raczej niewysoki i szczupły - zawsze podobał się dziewczynom. Drobna, chłopięca twarz, południowy typ urody i bystre, przenikliwe spojrzenie sprawiały, że na szkolnym korytarzu wodziły za nim oczami niemal wszystkie koleżanki. Nie na darmo w ogólniaku przylgnęła do niego ksywka "Amor": - Ale on jakby nas nie zauważał. Szkolne piękności nie były w jego typie. Od zawsze pociągały go dziewczęta mniej urodziwe, by nie powiedzieć - brzydkie - wspomina jedna z
jego szkolnych koleżanek. - Gustował w inteligentnych dziewczynach. A my miałyśmy wtedy fiu-bździu w głowie. Nic dziwnego, że kompletnie nas nie zauważał - dorzuca.

Niebieska karta

Podobnie było na studiach. Studiował filozofię. Na dwóch pierwszych latach nocami czytał dzieła wielkich myślicieli. Potem coś się zmieniło: miał już mniej zapału do nauki, a więcej do zabawy. Wtedy też się ożenił. Jego wybranką została dwa lata starsza Staszka, która podobała mu się już jako dorastającemu chłopcu. Poznał ją, gdy był w ostatniej klasie ogólniaka, ona zaś pracowała przy miejscowej szkole rolniczej w Chojnowie. Tam wynajmowała mieszkanie. Wówczas spotykali się na pierwszych randkach.
Na studiach wszyscy myśleli, że Krystian zrobi karierę akademicką. On jednak zdecydował się otworzyć własny interes. Rozpoczął od firmy sprzątającej biura, później otworzył agencję reklamową. Nie miał jednak dobrej ręki do interesów i obydwie firmy padły. Źle też zaczęło się dziać w jego małżeństwie. Właściwie od samego początku nagminnie zdradzał żonę. Ją podejrzewał o to samo. Początkowo wypominał Staszce wyimaginowane zdrady pół żartem, pół serio. Z czasem zazdrość stała się jego obsesją. Nie było dnia bez kłótni. Zaczął ją bić. Szczególnie agresywny stawał się, gdy był pijany.
W ich domu zaczęła bywać policja. Krystian awanturował się nawet wtedy, kiedy zmęczona wiecznymi kłótniami Staszka przeprowadziła się do osobnego mieszkania. Jego obsesja przerodziła się w paranoję. Wypytywał znajomych o intymne kontakty żony. Kiedy dowiedział się, że ta może mieć romans, wpadł w szał. Przyszedł do niej z awanturą. Przerażona kobieta wezwała policję. Krystian uspokoił się i wyszedł z domu. Po godzinie jednak wrócił i mocno ją pobił. Wtedy policja założyła mu tzw. niebieską kartę, która dokumentuje przemoc w rodzinie.

Ścieżki zazdrości

To było we wrześniu 2000 roku. Powodem awantury była zazdrość. Tym razem już nie o wymyślonego, ale istniejącego kochanka. Był nim Dariusz Janiszewski. To właśnie jego Staszka poznała kilka miesięcy wcześniej. Spotkali się w dyskotece. Długo rozmawiali. Potem zaczęli się regularnie spotykać. Po wspólnej nocy w Rezydencie, średniej klasy wrocławskim hotelu, znajomość nagle się urwała. Kobieta powiedziała swojej przyjaciółce, że owszem, Darek jest fajny, ale ma problem z męskimi sprawami.
Dla Staszki historia była skończona. Nie wiedziała, że dla Krystiana to dopiero początek. - Zawsze mówił o Stasi, że ta miłość to jest jak jazda pociągiem. W każdej chwili można z niego wysiąść, a po jakimś czasie wrócić. Notorycznie ją kontrolował, sprawdzał jej telefony. To typ władczy - zeznała kilka lat później przyjaciółka Staszki, a zarazem księgowa Bali. - Odnoszę wrażenie, że w tym związku wcale nie chodziło o miłość. Pan B. traktował żonę jak swoją własność - dorzuca jeden ze śledczych. I właśnie o tę "własność" postanowił walczyć.

Otchłań zazdrości

Gromadził wszelkie możliwe informacje na temat Janiszewskiego: gdzie pracuje, co robi, jakie ma zwyczaje. Potem zaczął starannie obmyślać plan. To miała być zbrodnia doskonała. W internecie, gdzie na pozór wszyscy są anonimowi, zaczął szukać potrzebnych mu rzeczy. - Pod koniec września założył konto na portalu aukcyjnym Allegro. Zarejestrował się jako Chris B._7. Za jego pośrednictwem kupił aparat Polaroid. Interesował się też podręcznikiem kryminalistyki "Przypadkowe, samobójcze czy zbrodnicze powieszenie" -opowiada Liliana Łukasiewicz z prokuratury okręgowej w Legnicy.
13 listopada wywabił Janiszewskiego z pracy. Biegli z krakowskiego Instytutu Sehna nie mieli wątpliwości. Jako motyw zabójstwa wskazali silne negatywne emocje wobec ofiary. - Zabójca nie działał pod wpływem chwili. Chodziło o jakiś zadawniony konflikt. Do tego dochodzi potrzeba poniżenia i ośmieszenia ofiary, przy czym sprawca okazał cechy sadystyczne -przytacza opinię biegłych prokurator Łukasiewicz.
Na półnagim ciele Janiszewskiego, nawet po kilku tygodniach leżenia w Odrze, wyraźnie było widać ślady znęcania się. Śledczy dowodzą też, że co najmniej przez trzy dni przed śmiercią ofiara była głodzona. Nie znaleziono jednak najmniejszego śladu, który mógłby wskazywać, kto dopuścił się tego okrutnego mordu. Jeszcze nie wtedy.

Fatalne Allegro

2001 i 2002 rok stały dla Krystiana pod znakiem podróży. Jeździł do najbardziej egzotycznych zakątków świata. A pogrążona w bólu rodzina Janiszewskiego robiła wszystko, by mord na ich synu i mężu nie uszedł płazem zabójcy. Sprawą zagadkowej zbrodni zajął się w swoim popularnym programie "997" Michał Fajbusiewicz. Na internetowej stronie audycji można było sprawdzić, czy w sprawie pojawiły się jakieś nowe tropy. Sprawdzał i Krystian. Między jedną a drugą lekcją nurkowania logował się na stronie i czytał. Nie wiedział, że stanie się to wkrótce ważną poszlaką, która naprowadzi policję na trop mordercy.
Nie wiedział, że już od pewnego czasu śledczy interesują się jego osobą. Też za sprawą internetu. Na Allegro Chris B._7 wystawił na aukcji telefon nokia 3210. Dokładnie taki sam jak Janiszewskiego. Na podstawie fabrycznego numeru seryjnego biegli stwierdzili, że z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można stwierdzić, iż to ten sam aparat. Więcej. W chwili wystawienia go na aukcji był sprawny. Oznacza to, że osoba sprzedająca znała numer PIN telefonu. Skąd ten wniosek? W dniu zaginięcia Janiszewskiego matka i żona próbowały skontaktować się z Dariuszem. Jego telefon był wyłączony. Kilka dni później, już włączony, można było kupić na Allegro. - To był kamień węgielny tego śledztwa. Od tego wszystko się zaczęło - ocenia kom. Jacek Wróblewski.

"Amok"

- Potem zaczęło się żmudne, mozolne śledztwo. Szukanie kolejnych poszlak, łączenie ich w logiczny ciąg. To najtrudniejsza sprawa, z jaką się zetknąłem - opowiada policjant. To właśnie jego zespół wpadł na trop Bali. - Kiedy pojawił się w kręgu podejrzeń, zaczęliśmy szukać informacji na jego temat. Pytaliśmy świadków, przeczesywaliśmy internet. To właśnie w sieci znaleźliśmy jego internetowe błogi, na których opisywał swoje przeżycia. Zamieszczał też fragmenty swojej powieści "Amok". Zaczęliśmy ją czytać. Podzieliliśmy między siebie fragmenty książki. Każdy miał swój kawałek, w którym mazakiem zaznaczał fragmenty zbieżne z rzeczywistością. Potem przyszedł czas na analizy - wspomina.
"(...) Podobają mi się raczej brzydkie kobiety. Zawsze tak było. Nie ruszają mnie żadne tam blond-madonny ani Barbie-style panny z najnowszą parą silikonowych cycków (...)" - tak mówił o sobie Chris, bohater wydanej 12 lat po maturze powieści Bali "Amok". Biegli sądowi, którzy przygotowali psychologiczny portret Krystiana, nie mieli wątpliwości, że ta na pozór fikcyjna postać ma wiele wspólnego z autorem powieści. Łączą ich dane biograficzne, środowisko, w którym się obracają, cechy osobowości i sposób reagowania.
Czemu miała służyć ta książka? Aby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, trzeba jeszcze raz wrócić do osobowości Krystiana Bali. Niewątpliwie jest wybitnie inteligentny. Jego iloraz upoważnia go do zajęcia honorowego miejsca w ekskluzywnym klubie geniuszy Mensa.
Co z tego, jeśli brakuje mu elementarnych ludzkich cech i odruchów? Przede wszystkim tego, co w psychologii nazywa się empatią. Wrażliwości, która pozwoliłaby mu współczuć innym. Uważa się za człowieka wyjątkowego i doskonałego pod każdym względem. Większość ludzi -jego zdaniem - nie dorasta mu do pięt. Ma więc pełne prawo, by wykorzystywać ich do własnych celów. Manipulować nimi. Kusić i zwodzić.
Taką m.in. rolę miała odgrywać książka: podbić rynek dzięki naturalistycznym opisom seksualnych doświadczeń i wyczynów głównego bohatera. W rzeczywistości nie przedstawia żadnej wartości literackiej. Jest grafomańskim bełkotem. Obsceniczną pornografią.
Na nosie policji grać miał wątek kryminalny. Tymczasem stał się jedną z najważniejszych poszlak prowadzących do niego jako zabójcy.
"- (...) Wyciągnąłem spod łóżka nóż i sznur... Zacząłem rozwijać fabułę sznura i dla uczynienia jej bardziej interesującą wiązałem pętlę (...). Zarzuciłem pętlę na jej szyję. Zacisnąłem z całej siły. Przytrzymując wierzgającą Mary jedną ręką, drugą wbiłem jej nóż powyżej lewej piersi" - brzmi opis dokonanej zbrodni w "Amoku". W miejsce Dariusza Janiszewskiego podstawia kobietę, do pętli dodaje nóż, którego w rzeczywistej zbrodni nie było. Ale i w książce, i w rzeczywistości sznur był nadcięty. W książce zbrodniarz wystawia na Allegro nóż, w rzeczywistości telefon komórkowy. Na swoją zgubę.

Przerwane milczenie

Zbrodnia, choć tak skrupulatnie zaplanowana, nie okazała się doskonała. Śledczy gromadzili kolejne poszlaki. Namierzyli budkę telefoniczną, skąd 13 listopada dzwonił do Janiszewskiego klient, z którym biznesmen umówił się na popołudnie. Namierzyli też numer seryjny karty telefonicznej. Wykonano z niej 32 połączenia: do wspólnika Bali, do matki Bali, do konkubiny Bali, do firmy ojca Bali, do kancelarii notarialnej, w której tego dnia była podpisana uniowa o rozdzielności majątkowej między Bala a jego żoną... Do firmy Dariusza Janiszewskiego i do Dariusza Janiszewskiego na komórkę.
5 września 2005 roku Krystian Bala zostaje zatrzymany pod zarzutem zamordowania Dariusza Janiszewskiego. Od początku konsekwentnie nie przyznaje się do zbrodni. Nie odpowiada na pytania, odmawia składania wyjaśnień. To, co mówi, jest nielogiczne. Miesza, zmienia wersje. Twierdzi, że podczas jednego z przesłuchań pobili go policjanci. W kwietniu 2006 roku, tuż po zmianie prokuratora prowadzącego postępowanie, niespodziewanie chce się spotkać ze śledczym. - Sprawę dostałem 27 marca. 4 kwietnia odbyło się pamiętne przesłuchanie - wspomina Marcin Kucharski z legnickiej okręgówki, który Bale przesłuchiwał trzy razy.
- Niemal na samym początku zapytałem go, z kim i w jaki sposób zabił Dariusza Janiszewskiego. Milczał jakieś 10 sekund. To bardzo długo. Po chwili spokojnie, bez cienia emocji, powiedział, że nikt mu nie pomagał. Że zabił go sam. To niespodziewane przyznanie się do winy zaskoczyło mnie, choć, oczywiście, nie dałem tego po sobie poznać - opowiada prokurator. - W moim odczuciu nie powiedział tego przez przypadek. Mówił składnie, logicznie. Cofnął się do końca lat 90. Zaczął opowiadać o początkach małżeństwa, jak zaczynał działalność gospodarczą. Miałem wrażenie, że chronologicznie chce opowiedzieć całą historię. Mówił przez kilkanaście minut. Nagle przerwał. Zaczął podnosić i odkładać słuchawkę stojącego na biurku telefonu. Tak kilka razy.
Zupełnie jakby chciał zagrać osobę schizofreniczną, w której obudziła się ta druga natura. Jakby wpadł w amok, choć nie krzyczał. Po chwili zaczął się osuwać na podłogę. Złapali go policjanci. Mówił, że mu słabo. Wyszedł do toalety. Kiedy wrócił, poprosił o lekarza - mówi Kucharski. - Badanie wykazało, że Bali nic nie dolega. Po kilkudziesięciu minutach wrócił na przesłuchanie. Poprosił o przeczytanie protokołu. Po uważnej lekturze stwierdził, że to same bzdury. Odmówił podpisania. Nawet wtedy miałem wrażenie, że cały czas kontroluje to, co się dzieje. Że toczy jakąś grę, odgrywa scenę. Tylko czym się kierował, robiąc ten teatr? -zastanawia się.
- Może po prostu chciał komuś opowiedzieć o tym, co się stało...

Rozpacz ojca - ból syna

Wyprowadzany z sali sądowej słyszał głos rozmawiającego z dziennikarzami ojca swojej ofiary: - To podły, zimny i wyrafinowany człowiek. Przez cały proces obserwowałem go. Kamienna twarz, grymasy i ta pycha, że jest kimś lepszym. Nie wiedziałem, że istnieją tak do szpiku kości źli ludzie. Patrzyłem na niego i pokazywałem mu zdjęcie Darka. Mojego ukochanego, jedynego syna. I mówiłem do zabójcy mojego dziecka: "Popatrz na tego, którego zabiłeś".
Być może w tym momencie drgnęło serce Krystiana Bali i pomyślał o swoim ośmioletnim Kacperku. Również jedynaku. Jak wszyscy mówią, do złudzenia Kacperek przypomina swego ojca. Ponadprzeciętnie inteligentny i bardzo ładny. Swojego ojca na wolności zobaczy, kiedy ten będzie miał już 54 lata, a on sam będzie dojrzałym mężczyzną.

źródło: Dziennik | 8.9.2007 | rubryka: Opinie | strona: 18 | autor: JERZY JACHOWICZ, MARIA BARTOSZKO 

Liczba komentarzy (3) - Dodaj komentarz do artykułu:

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
komentarze

przez swoja złą realistyczność doskonała wreszcie ktoś nie czuł lęku przed ujawnienien swoich pragnień dzieki bala

Napisał maria, dzień 05/06/2010 o 14:02

czy wie ktos gdzie moge kupic ksiazke? prosze info na e-mail skayterka@wp.pl

Napisał Ashlee McNamara, dzień 07/18/2008 o 23:43

To zimny i zdolny do wszystkiego 'człowiek' , myśle że zabił by ponownie , czuł sie bezkarny ,dobrze że zapadł wyrok ,myśle jednak że 25 lat to zamało ktoś taki powinien na zawsze być izolowany , on sie nie zmieni niema mowy o resocjalizacji .

Napisał beti, dzień 12/18/2007 o 14:15

 1  2  Strona następna >
Strona 1 z 2
Dodaj komentarz do artykułu: Od "Amora" do "Amoku" czyli zbrodni...

Twój e-mail nie będzie wyświetlany na stronie

Top! Top!